Wspaniały dzień zdarzył się dziś. Z tej okazji, premierowo, moje nowe plastikowe cudo z Warszawy.
Ale najbardziej jestem dumna z sukienki, wyszperanej w lumpowym koszu, z obrzydliwymi, długimi rękawami i poduchami, długości najgorszej z możliwych czyli do połowy łydki. Jedynym plusem prócz materiału był obniżony stan i ładne zakładki. W niektórych babcinych reliktach przeszłości tkwi jednak potencjał, i cała sztuka to go dostrzec.
Po wielu godzinach fastrygowania, wiskozowe cudo z marynarskim, nieco czarodziejkowym kołnierzykiem z tyłu, obszytym cudowną bawełnianą koroneczką (jestem nim za-u-ro-czo-na do cna) miało swoją premierę w ciepłym lipcowym słońcu.


sukienka: lump + zrób-to-sam około 1,50 na wyprzedaży na wadze;)
torebunia: lump, 5 zł
pasek: Paloma Picasso;) lump, 5 zł
pierścień: New Look, 14,90kolczyki: mój patent.